O zwierzętach i „małych ojczyznach”– rozmowa z wicemarszałkinią Sejmu Dorotą Niedzielą

O pracy wicemarszałkini Sejmu, sprawach regionu, ochronie praw zwierząt oraz o psach w Sejmie z Dorotą Niedzielą rozmawia Jarosław Zięba.


– Jest Pani posłanką już czwartą kadencję. Jakie osiągnięcia uznaje Pani za swoje najważniejsze dokonania w działalności publicznej?
– Są dwie kategorie działań, o których możemy mówić: legislacyjna, czyli tworzenie prawa, bo do tego Sejm jest stworzony i pomoc w sprawach poszczególnych gmin czy osób, które się do mnie zwracają.
Jeżeli chodzi o prawo to od początku swojej pierwszej kadencji, aktywnie pracowałam w komisjach rolnictwa oraz środowiska i tam wiele poprawek i zapisów udało się mi wprowadzić.
Potem byłam dwie kadencje w opozycji, a wiadomo, że wtedy nie ma się takiego dużego wpływu na legislację. Ale w tym czasie też się udało wielokrotnie zwrócić uwagę na bardzo ważne sprawy. Taką moją sztandarową interwencją na sali sejmowej była sprawa ustawy cukrowej. Zwróciłam wtedy prezesowi Kaczyńskiemu uwagę na to, że to jest zły zapis sprowadzający problemy na naszych rodzimych producentów. Pan prezes Kaczyński zatrzymał wtedy tę ustawę i została ona poprawiona. Odebrałam to jako mój osobisty sukces, gdyż wcześniej walczyłam o wstrzymanie tych zapisów na komisji, jednak nikt nie chciał mnie słuchać. Sprawa została zablokowana dopiero na sali sejmowej przy ostatnim czytaniu.
Przez całe osiem l
at opozycji zajmowałam się też rzeczami, na których się znam, między innymi próbowałam ratować stadniny koni w Janowie Podlaskim i w Michałowie. To bardzo przykra historia, o której mogłabym mówić godzinami. Pilnowałyśmy razem z panią poseł Kluzik-Rostkowską żeby nie zniszczono do końca marki tych stadnin. Denerwują mnie nieprawdy powtarzane w tej sprawie. Taka jest jednak nasza praca: trzeba pilnować prawdy, mówić prawdę i zawsze stawać po stronie prawdy.
Natomiast już jako wicemarszałek Sejmu postanowiłam objąć przewodnictwo nadzwyczajnej komisji do spraw ochrony zwierząt, którą powołaliśmy pierwszy raz w historii i w której zaczynamy pilnować wszystkich ustawowych zapisów dotyczących zwierząt. To właśnie dzięki jej pracy zmieniliśmy w Sejmie ustawę o ochronie zwierząt w zakresie zapisów dotyczących zakazu trzymania psów na łańcuchu i na uwięzi. Trwają także, obecnie w Senacie, prace nad nowelizacją dotyczącą zakazu hodowli zwierząt na futra.
To milowe i historyczne kroki, gdyż wszyscy o tym mówili wiele lat, ale nikt nie miał siły i odwagi aby to zrobić. Wymagało to ode mnie prawie rocznej pracy w komisji, ale – co ważne – projekt ten uzyskał także poparcie opozycji, co jest rzadkością. Uważam to za swój osobisty sukces.
Myślę, że moje bardzo merytoryczne prowadzenie tej komisji spowodowało, że zaczęliśmy się wszyscy słyszeć i mogliśmy znaleźć wspólne zdanie i kompromis, co podczas głosowania jest najważniejsze.


– To nie koniec Pani działań związanych z przepisami regulującymi kwestie praw i obowiązków związanych ze zwierzętami.
– Już niedługo pod obrady Rady Ministrów trafi przygotowany z mojej inicjatywy projekt ustawy o czipowaniu psów zakładającej powstanie państwowej bazy danych psów. Jest to niezwykle ważna sprawa, szczególnie z punktu widzenia gmin, które płacą ogromne pieniądze za likwidowanie bezdomności psów. Projekt przechodzi przez ostatnie rządowe konsultacje i pewnie niebawem trafi do Sejmu.

– A co ze sprawami związanymi z regionem, Małopolską Zachodnią?
– Każdy wie, w Sejmie też, że „małe ojczyzny” to od początku mój konik, moja podstawa. Kęty, powiaty oświęcimski, wadowicki, suski oraz myślenicki to miejsca, o których zawsze pamiętam. Ja mogę spędzać czas w Warszawie, ale podstawą jest bycie tutaj na różnego rodzaju uroczystościach oraz zainteresowanie się rzeczami, które związane są z tym terenem.
Jedną z pierwszych ważnych spraw, które udało się zrealizować, już na początku pierwszej mojej kadencji, była poprawa bezpieczeństwa powodziowego na Sole w Kętach. Zabezpieczyliśmy jeden z brzegów dodatkowym umocnieniem, co wielokrotnie pomogło nam potem przy większych wodach.

Duża sprawą, która wreszcie zaczyna się materializować jest budowa Beskidzkiej Drogi Integracyjnej, nad którą pracowaliśmy wspólnie, jako parlamentarzyści z regionu, od wielu lat. Jest to bardzo ważna inwestycja, która w połączeniu ze zmianami na S1 daje możliwość powstania naprawdę dobrej infrastruktury w tym regionie oraz połączenia Bielska-Białej z Krakowem, co jest szalenie ważne, bo są to miasta, które powinny współpracować, jednak przez brak połączeń jest to teraz trudne.

Jest też wiele innych tematów z regionu, którymi się zajmuję. Co roku jako parlamentarzyści zgłaszamy swoje priorytety do budżetu i staramy się je realizować. Więcej na ten temat mógłby powiedzieć pan wojewoda Krzysztof Klęczar, z którym blisko współpracuję.

– Co wybór na wicemarszałkinię Sejmu zmienił w Pani działalności publicznej?
– Zmieniło się sporo. Po pierwsze moja działalność publiczna rozszerzyła się z Małopolski na całą Polskę. Teraz bowiem w zasadzie osoby z całego kraju zwracają się do mnie o pomoc w  różnych sprawach.
Wydłużył się także czas, który muszę spędzać w Warszawie. Przygotowanie posiedzenia Sejmu powoduje, że w tygodniu obrad muszę już od poniedziałku być w stolicy. Praca wicemarszałka to przede wszystkim prowadzenie obrad Sejmu. Główny marszałek prowadzi tylko głosowania, natomiast cały resztę godzin obrad wicemarszałkowie muszą podzielić między sobą.

– Posłowie tej pracy nie ułatwiają…
– Rzeczywiście, prowadzenie obrad wymaga od nas dużego skupienia. Każdy poseł ma prawo się wypowiedzieć, natomiast naszym obowiązkiem jest pilnowanie kultury i spokoju, co nie zawsze jest łatwe. Trzeba zachować zimną krew. Mnie pomaga w tym zawód lekarza weterynarii z dwoma specjalizacjami: chirurgii i radiologii. Na sali sejmowej jest podobnie jak na sali operacyjnej: wszystko musi grać, nie można tracić cierpliwości, a emocje trzeba zachować na wodzy.

– Można powiedzieć, że jest Pani wyjątkowym wicemarszałkiem.
–Zazwyczaj wicemarszałkowie nie prowadzą komisji, gdyż trudno im wygospodarować na to czas. Ja jestem natomiast przewodniczącą nadzwyczajnej komisji do spraw ochrony zwierząt, o której już wspominałam. Gdy podjęliśmy decyzję, że będziemy robić tą komisję obiecałam marszałkowi, że będę jej przewodniczyła poza dniami obrad i tak też się dzieje. Bardzo się cieszę, że mogę łączyć taką normalną pracę w komisji sejmowej z pracą marszałka Sejmu. Sprawia mi to dużo przyjemności.

– Za Pani sprawą Sejm uchylił swoje drzwi psom…
– Co tydzień jeżdżę do Warszawy ze swoimi dwoma psami i pierwsze co zrobiłam jak zostałam wicemarszałkiem, to sprawdziłam w jaki sposób i dlaczego zabraniało mi wchodzić z psami na teren Sejmu. Okazało się, że było to „widzimisię” Straży Marszałkowskiej, więc od razu przygotowałam regulamin jak można wchodzić i kto może wchodzić ze zwierzakiem do Sejmu.

Zostając kilkanaście lat temu posłanką spodziewała się Pani, że zostanie jedną z najważniejszych osób w Sejmie, a tym samym i w Polsce?
– Nie. Nigdy nie miałam takich ambicji. Wydawało mi się, że zostaję posłanką na krótki okres czasu i wrócę do zawodu. Okazało się, że znalazłam sobie pewną niszę, którą się zajęłam, bardzo mnie to wciągnęło.
Wybór na wicemarszałkinię to dla mnie bardzo duże wyróżnienie i spełnienie polityczne. Z posłanki, która zaczynała 14 lat temu i konsekwentnie zajmowała się rolnictwem, co nie jest zbyt popularne, zostałam wicemarszałkinią Sejmu.

– Nie tęskni Pani za pracą lecznicy?
– Oczywiście, że tęsknię. Do momentu powołania mnie na marszałka Sejmu cały czas wykonywałam swój zawód. Ponieważ jestem chirurgiem, to najbardziej lubię operować i rzeczywiście to robiłam. Teraz, od początku obecnej kadencji jako wicemarszałek Sejmu nie mogę prowadzić działalności, ale pewnie wrócę do swojego zawodu i to w miarę szybko.